AKCJASOS.PL Strona Główna AKCJASOS.PL
Pierwszy Polski Portal Pomocy

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  Chat

Poprzedni temat «» Następny temat
Oko w oko... alkoholizm?
Autor Wiadomość
aniad
[Usunięty]

Wysłany: 2013-05-01, 09:37   Oko w oko... alkoholizm?

Witajcie,
Od prawie 14 lat jestem mężatką, jesteśmy ze sobą 17 lat.
Mamy dom, dwie córki, oboje pracujemy.
Wczoraj wieczorem pierwszy raz stanęłam oko w oko z bestią - alkoholizmem?
Piszę ze znakiem zapytania - bo nie wiem, czy to to? Ale może tylko próbuję zostawić sobie cień nadziei?
Mąż, kiedy się poznaliśmy i jeszcze długo potem nie przepadał za alkoholem, unikał zakrapianych imprez, zawsze był i jest ambitny, dąży do wyznaczonych sobie celów. Do tego jest typem wrażliwca, zawsze można do niego zwrócić się o pomoc, taki człowiek o złotym sercu.
Przez tyle lat naszego małżeństwa zdarzały się oczywiście i imprezy rodzinne i wyjścia z kolegami - a to coś, co u nas jest przecież normą i nikt się nie dziwi, że ktoś upija się raz na jakiś czas. Mąż wie, że nie cierpię tego typu "baletów". Sama też rzadko pijam.
Mąż od wielu lat pracuje w jednej firmie, gdzie otaczali go w większości faceci, starsi, z nawykami jeszcze z prl-u. Praca jego marzeń ale większość tych facetów piła, pije i pewnie pić będzie. Były spinki na początku jego pracy, bo "jak wejdziesz między wrony musisz krakać tak jak ony". Mimo tego "towarzystwa" trzymał się, alkohol - okazjonalnie, w towarzystwie. Zawsze źle się czuł po alkoholu - i psychicznie, i fizycznie. Kac i moralniak po takich imprezach były normą. Pił sporadycznie, zawsze były to jakieś jednostkowe wyskoki.
Jakiś czas temu coś zaczęło się psuć. Mięliśmy bardzo ciężki rok. Śmierć w najbliższej rodzinie, moja choroba i operacja. Do tej pory wracam do siebie. W pracy u męża bardzo duże zmiany, ogromna reorganizacja, zwolnienia, w związku z tym bardzo duży stres, lęk przed tym, co będzie jutro. Myślę, że stracił poczucie bezpieczeństwa, którego wcześniej mu nie brakowało. Pojawił się strach o to, co będzie jutro. Zaczął dużo spać. Oddaliliśmy się od siebie a ja przegapiłam ten moment, kiedy zaczęło dziać się z nim coś złego, teraz mam żal, że za bardzo w ostatnich miesiącach skupiłam się na sobie. Wysłałam go do lekarza, niepokoiło mnie jego zmęczenie, zniechęcenie, wieczne marudzenie.
W ciągu kilku ostatnich tygodni zaczął pić. Najpierw piwo, jedno lub dwa - ale codziennie.
W ostatnich dwóch tygodniach wrócił do domu pijany już kilka razy.
Wczoraj wieczorem wyrzuciłam go z domu. Po prostu trafiło mnie kiedy zobaczyłam, że znów jest w takim stanie. Nie cierpię tego, nie rozumiem, jak można z premedytacją doprowadzić się do stanu w którym nie panuje się ani nad swoim ciałem ani nad swoim umysłem. Wyszedł a potem wysłał mi sms, że skończy ze sobą, że nie ma siły, że jest zły, że nie chce żyć!
Poprosiłam, żeby wrócił a kiedy wrócił powiedział mi tylko: i tak to zrobię! Włosy stanęły mi dęba na głowie!
Wiem, że prawdopodobnie jest w depresji.
Pije bo ma ma doła czy ma doła bo chce pić i to zaczyna nim rządzić?
Nie wiem zupełnie co robić?
Wczoraj w pierwszym odruchu - zrobiło mi się słabo ze strachu i pozwoliłam mu wrócić. Dziś mam ochotę go spakować i wyrzucić za drzwi. Nie ma mowy żebym tolerowała taki emocjonalny szantaż! Bo to jest szantaż! Jeśli jest chory to musi szukać pomocy a nie straszyć mnie że zrobi sobie krzywdę!
Jestem, podobnie jak mój mąż dorosłym dzieckiem alkoholika. Nasz dom miał być inny. I ja tego dopilnuję nawet jeśli w tym domu miałby być tylko jeden rodzic.
Mam wrażenie, że wszechświat zwalił mi się na głowę. Do tej pory dźwigaliśmy wszystko razem. Cokolwiek by się nie działo, zawsze ja i nasze córki mogłyśmy liczyć na niego.
Jest bardzo dobrym ojcem.
Na początek zapisałam go na cito do psychiatry choć oczywiście nie wiem, czy zechce tam pójść.
Mam wrażenie, że wie, że dzieje się z nim coś bardzo złego ale kompletnie się gubi i nie wie, co robić.
Poradźcie, gdzie jeszcze zwrócić się o pomoc?
Gdzie jest granica, której nie wolno przekroczyć w imię dobra własnego i dobra dzieci?
Czuję się taka zagubiona, przerażona :(
 
 
jobael 
vip


Pomogła: 2 razy
Dołączyła: 21 Lut 2009
Posty: 629
Skąd: z...
Wysłany: 2013-05-01, 09:49   

aniad napisał/a:
Poradźcie, gdzie jeszcze zwrócić się o pomoc?

Gdzie jest granica, której nie wolno przekroczyć.....

Witaj 'aniad'
proponuję by mąż udał się do przychodni uzależnienia od alkoholu i tam poddał się testom i rozmowie z fachowcami.
Być może nie przekroczył jeszcze granicy uzależnienia od alkoholu, ale jedynie pije ryzykownie, a to oznacza, że już okrakiem na tej granicy stoi :idea:
Trzeba tę karuzelę zatrzymać, ale jeśli mąż nie zechce z niej wysiąść, to nic z tym nie zrobisz.
Pozdrawiam.
 
 
 
yuraaa 
vip
alko niepraktykujący



Pomógł: 15 razy
Wiek: 56
Dołączył: 26 Lis 2009
Posty: 833
Skąd: jestem z miasta
Wysłany: 2013-05-01, 11:16   

witaj
przeczytałem,
pierwsze wrażenie:
silna zdecydowana kobieta, potem- no tak, DDA. :->
czyli wiesz o co chodzi i wiesz że to on musi chcieć przestać.
On ucieka, ucieka w picie , żeby sobie uswiadomić przed czym wskazana pomoc specjalisty.

moja historia była podobna, zacząlem uciekać w wieku okolo 30 lat, wcześniej unikałem picia.
oczywiście dłuuugo myslałem że problemu nie ma, sam przestanę jak będę chciał.
no i nie miałem jak kogo spytać i poprosić o pomoc.
dziesięć lat (30-40 jak dzis ocenaim najlepszych dla mężczyzny) zmarnowałem

działaj
_________________
ktoś powiedział że też miał tak jak ja...
i podał mi swą dłoń
 
 
 
koos 
Administrator

Pomógł: 32 razy
Dołączył: 10 Maj 2009
Posty: 1319
Skąd: Białystok
Wysłany: 2013-05-01, 20:36   

zeby sie nie rowodzic za duzo...zapewne alkoholizm owszem moze wczesne moze zaawansowane stadium ktorego rozwoju nie zauwazylas....po prostu rob co musisz !!!
 
 
 
kahape 
vip
koalka



Pomogła: 103 razy
Dołączyła: 06 Maj 2009
Posty: 3163
Wysłany: 2013-05-02, 14:10   

aniad napisał/a:
Na początek zapisałam go na cito do psychiatry choć oczywiście nie wiem, czy zechce tam pójść.
oczywiście, że nie wiesz. Ale jeżeli bedziesz sie trzymac konsekwentnie tego....
aniad napisał/a:
Dziś mam ochotę go spakować i wyrzucić za drzwi. Nie ma mowy żebym tolerowała taki emocjonalny szantaż! Bo to jest szantaż! Jeśli jest chory to musi szukać pomocy a nie straszyć mnie że zrobi sobie krzywdę!
Jestem, podobnie jak mój mąż dorosłym dzieckiem alkoholika. Nasz dom miał być inny. I ja tego dopilnuję nawet jeśli w tym domu miałby być tylko jeden rodzic.
....twój mąż nie będzie miał innego wyjścia.
Jeżeli chce oczywiście zostać z rodziną. Bo jeżeli wybierze flaszkę, trudno.
Zapraszam do czytelni. Trochę wiadomości na temat nie zaszkodzi. Wręcz przeciwnie, utwierdzi cię na stanowisku, że
CHCĘ TRZEŹWEGO MĘŻA!
ZERO ALKOHOLU :arrow: I W DOMU I W TOBIE.

pozdr
_________________
"Jeżeli czegoś pragniesz, to cały świat działa potajemnie aby udało ci się to osiągnąć".
"Uwierz, poproś, zaufaj, i... zostaw."
 
 
 
aniad
[Usunięty]

Wysłany: 2013-05-02, 17:27   

Dziękuję Wam, potrzebuję wsparcia bardzo!
Byliśmy dziś na konsultacji, lekarz powiedział że do alkoholizmu jeszcze krok, jest to depresja i zapijanie problemów.
Niestety jest problem: mąż nie chce brać antydepresantów :(
Wiem, że boi się, że nie utrzyma się z dala od alkoholu tak długo, wstępnie 6-9 m-cy.
A to już o czymś świadczy prawda?
Boję się, że jak się nie ogarnie i nie zacznie leczyć depresji - popłynie i wtedy już nie będzie ratunku ani dla niego samego ani dla nas jako rodziny. Widzę tu sprzężenie zwrotne: depresja-alkohol ale też alkohol-depresja, z tym, że picie tak naprawdę mu już nie pomaga, zaczynają się myśli samobójcze. Nie sądzę by miał odwagę naprawdę zrobić sobie krzywdę ale zaczyna mnie "wrabiać". Wystarczyłoby tak nie dużo, zawziąć się i pobrać leki, wrócić do jako-takiej równowagi. Podjąć pewne decyzje - wiem, że w pewnych aspektach nie jest zadowolony ze swojego życia ale w tej chwili kompletnie nie umie rozwiązać niektórych sytuacji.
Na razie neguje wszystko co do niego mówię ja i wszystko co powiedział psychiatra.
Wiem, że jest mu ciężko, z jednej strony zdaje sobie sprawę z tego, że jest problem i że sam go nie rozwiąże, z drugiej wypiera to wszystko i sam sobie zaprzecza. W czasie wizyty lekarz poprosił mnie do gabinetu i zapytał jak to wszystko wygląda z mojej strony. Po tym, co usłyszałam od męża wiem, że tak naprawdę sam siebie przed sobą usprawiedliwia, popada w skrajności, kompletnie nie ma dystansu do rzeczywistości i jej obraz jest mocno zaburzony. Widać było, że przyjmuje postawę obronną i że przyszedł tylko dlatego, że ja mu kazałam. Na do widzenia lekarz kazał mi pamiętać, że nic co się dzieje z moim mężem nie jest moją winą i mam nie pozwolić by mnie wykorzystywał do swoich celów bo jego picie to nie mój problem.
Szkoda, że nie jest to takie proste, bo on pije ale tak naprawdę cierpię i ja, i dzieci.
Uznaję, że na dzień dzisiejszy zrobiłam co mogłam. Reszta zależy od niego.
Martwię się, co postanowi i co będzie dalej. Mamy receptę ale czy ją wykorzysta?

Ciężko mi, bo tymczasem jego złość jest ogromna i skierowana na całe otoczenie - w sensie, że wszyscy są nie tacy jak potrzeba ;) Oprócz dzieci bo tu nic nie mogę mu zarzucić. Tymczasem żadna rozmowa na żaden temat nam nie wychodzi. O czymkolwiek byśmy nie rozmawiali jeży się i szuka zaczepki. Nie bardzo pasuje mi rola mentalnego worka treningowego ;) Tymczasem więc chyba odsunę się w cień i zajmę swoimi sprawami. Może za jakiś czas wylezie ze swojej jaskini w nieco mniej bojowym nastroju ;)

Najbardziej bym chciała, żeby po raz kolejny udowodnił, że jest facetem z jajami, że zależy mu na nas jako rodzinie, z drugiej strony widzę, jak kusi go perspektywa, że może zostać sam (jak się nie ogarniesz-rozchodzimy się) i wtedy będzie sobie mógł robić ze swoim życiem co mu się żywnie podoba. A ja wiem, jak bardzo związany jest z dziećmi i że odcięcie się od nich to będzie staczanie się w dół.

Tak, jestem DDA. Od drugiego roku życia wychowywała mnie babcia. Utrzymywałam kontakt z rodzicami-akoholikami aż do osiągnięcia dorosłości. Moja matka zostawiła ojca po ponad 20 latach małżeństwa i wyjechała za granicę. Nie utrzymuję z nimi kontaktu, być może to i fakt, że nie mieszkałam z nimi jako dziecko sprawia, że nie mam najmniejszej ochoty zostać osobą współuzależnioną.
Mój mąż, syn alkoholika, do dziś nie radzi sobie z traumą z dzieciństwa.
Dziś pewnie jeszcze nie jest źle. Czasem zapije ale nie kłóci się, nie podnosi na nas ręki, grzecznie kładzie się spać. Jak nabrudzi posprząta po sobie. Nie leży pod płotem.
Ale - JA NIE UMIEM Z TYM ŻYĆ, NIE UMIEM TEGO ZAAKCEPTOWAĆ.
Że TAKI facet sam sobie robi tak ogromną krzywdę.
Przepraszam, że krzyczę, ale wszystko we mnie wrzeszczy.
Jak będąc dzieckiem alkoholika można fundować coś podobnego własnym dzieciom?
Przepraszam, nie przemawia do mnie teoria "choroby".
Bo chorobą jest coś, na co nie mamy wpływu. JA JESTEM CHORA. Ale walczę. Od półtora roku walczę o powrót do normalności, chcę żyć i chcę by moje życie było jak najbardziej komfortowe.
Mój mąż jest zdrowy. Tylko zamiast wziąć się z życiem za bary woli się znieczulić alkoholem.
Przepraszam jeśli kogoś to dotknęło, wiem, że alkoholik patrzy na to z innej perspektywy i że wielu z nich walczy o siebie każdego dnia.
Ale ja naprawdę nie umiem tego pojąć.

I choć nigdy bym siebie wcześniej o to nie podejrzewała - bo bardzo kocham swojego męża, zjedliśmy razem beczkę soli budując wspólne życie i jeszcze niedawno walczyłabym o swoje małżeństwo aż do śmierci - mojej lub jego - to dziś, jeśli powiedziałby "odchodzę" - powiedziałabym mu "powodzenia".

Dziękuję Wam za wpisy, z wdzięcznością przyjmę wszystkie rady i opinie :)
 
 
koos 
Administrator

Pomógł: 32 razy
Dołączył: 10 Maj 2009
Posty: 1319
Skąd: Białystok
Wysłany: 2013-05-02, 19:37   

on nie odejdzie bo.mu dobrze Ty go nie zostawisz...bo...dzieci....bo szkoda....bo....tych bo bedzie az az....tylko co dalej ??
 
 
 
aniad
[Usunięty]

Wysłany: 2013-05-02, 21:34   

Koos,
Nie wiem, czy nie odejdzie?
Skąd masz taką pewność?
Wiem, że w tej chwili nienawidzi swojego życia. Może i mnie nienawidzi?
Widzę, że kotłuje się w nim dużo złych emocji.

Skąd wiesz, że nie zakończę swojego małżeństwa?
Czy myślisz, że można zakończyć związek po 17 latach ot tak, jednego dnia, w jednej chwili?
Mamy wspólne mieszkanie, inwestycje, zobowiązania.
I dzieci.
Wielki węzeł do rozplątania.
Nawet jak za 5 minut zgodnie stwierdzimy, że to koniec, rozwodzimy się, to ten węzeł sam się nie rozwiąże.
Wiele decyzji do podjęcia.
Mogę mieć ochotę wystawić męża za drzwi - ale to też jego mieszkanie, ma prawo tu przebywać. Ja go mogę spakować i kazać mu spadać a on może wrócić z policją i nie będę mogła zrobić z tym nic.
Nie ma przemocy w domu, nigdy nie było żadnej interwencji.
Facet jest porządny, ciężko pracuje a w przerwach odbiera dzieciaki ze szkoły, chodzi na wywiadówki, wozi żonę po lekarzach.
Jakbym miała siniaki pod oczami pewnie byłoby łatwiej.
Są też dzieci, które przepadają za swoim tatą ze wzajemnością i to ja będę musiała wytłumaczyć im dlaczego nasza rodzina się rozpada.

Myślę, że i On i ja potrzebujemy trochę czasu.
Każde z nas ma wiele rzeczy do przemyślenia.

Muszę się zorientować, jakie mam pole manewru. Co mogę a czego mi nie wolno.
Najpierw od strony prawnej, tak, aby jak najlepiej zabezpieczyć interesy dzieci i moje.
I choć nie mam na to najmniejszej ochoty bo chciałabym rozwiązania problemu już! dziś! muszę czekać i obserwować jak rozwija się sytuacja.
Im dłużej o tym myślę, tym bardziej jestem pewna, że wszystko będzie zdążać w tę złą stronę. Widzę, jak się mota. I wątpię że wystarczy mu sił.
Może to mój wrodzony pesymizm? A może boję się rozczarowania?
Chciałabym bardzo zostać mile zaskoczona.
Takie już moje kulawe szczęście że takie rzeczy, dobre i wspaniałe, przeważnie przydarzają się innym, nie mnie.
Nie usprawiedliwiam swojego męża.
Nie patrzę na niego przez pryzmat miłości.
Zapowiedziałam, że nie chcę go widzieć w domu pijanego. Nie obchodzi mnie, gdzie będzie spał. To jest nasz wspólny dom i ja i dzieci mamy prawo czuć się w nim swobodnie, nie chcę mieć tu zwłok na środku przedpokoju. Oznajmiłam, że skoro sam pije, sam sobie pierze i gotuje.
Na tę chwilę nie mogę nic więcej.
Dla mnie na to, co robi z naszym życiem nie ma uzasadnienia.
Możesz nie wierzyć, ale nie zamierzam obudzić się z ręką w nocniku za 10 czy 20 lat. Z poczuciem, że źle wybrałam, że zmarnowałam sobie życie.

Czy myślisz, że wyrzucenie z domu alkoholika jest jedynym sposobem na postawienie go do pionu?
Wszędzie w poradnikach piszą, żeby nie straszyć odejściem czy rozwodem.
A tu, na forum ludzie piszą zupełnie inaczej.
Czy gdyby Ciebie żona wyrzuciła z domu natychmiast ocknąłbyś się i zaczął walczyć o siebie?
Gdyby to było takie proste to zasada nr 1 brzmiałaby: spakuj alkoholikowi walizki i wystaw je za drzwi.
A przecież - nawet jak w pierwszym szoku się ogarnie - to za jakiś czas problem może wrócić, i nikt nie ma gwarancji, że tak nie będzie? A może wróci do picia po 5,10, 20 latach przerwy?
Ale dziękuję Ci za Twój wpis, bo daje do myślenia.
Ja naprawdę, choć jest mi okropnie ciężko, nie szukam tu głaskania po głowie.
Wy znacie te sytuacje dużo lepiej niż ja - więc jak uważacie, że potrzebny mi kop to nadstawiam pośladek ;)
 
 
aniad
[Usunięty]

Wysłany: 2013-05-02, 21:46   

Acha, piszesz, że on nie odejdzie bo jemu jest dobrze.
Koos, jemu nie jest dobrze.
Widzę ogrom cierpienia, które go przygniata.
Różne sytuacje nas dotknęły ale nigdy nie widziałam go w takim stanie.
On ma depresję, której przyczyną są ogromne zmiany w środowisku pracy. Pracuje w jednej firmie od kilkunastu lat, kocha to, co robi, jest w tym dobry tymczasem reorganizacja polega głównie na mobbingu i szukaniu powodów do zwolnienia. W takiej atmosferze nie wytrzymałabym nawet miesiąca. Ja wiem, że powinien odejść z firmy ale widzę, że boi się utraty tej resztki poczucia bezpieczeństwa. Nie mogę i nie chcę na niego naciskać bo to musi być jego świadoma, samodzielnie podjęta decyzja.
 
 
rollins 
vip


Pomógł: 13 razy
Wiek: 47
Dołączył: 04 Sie 2011
Posty: 664
Skąd: PL
Wysłany: 2013-05-02, 22:27   

Cześć aniad,
Ja w pewnym momencie miałem dosyć ciągłego udowadniania wszem i wobec, że ze wszystkim sobie poradzę, że jestem, jak napisałaś 'facetem z jajami, który po raz kolejny udowodni...'.
Miałem też serdecznie dość roli bohatera rodziny, którym byłem od dziecka.
Dziś wiem też, że pod pokładami złości, którą miałem w sobie, była cała masa uczuć innych, których nie potrafiłem rozpoznać, nazwać i przeżyć. Wiem też, że świadomie, czy nieświadomie złością właśnie wołałem o pomoc, ale nigdy mówiąc wprost, bo miałem wpojone, że zawsze muszę być taki akuratny i nie sprawiać kłopotu ani zawodu. Też byłem 'TAKIM facetem'. To inni mieli prawo być chorzy, ja nie. Nawet całkiem niedawno miałem problem, żeby zaakceptować fakt, że jestem chory. Bo alkoholizm jest chorobą, czy to się komuś (w tym mnie) podoba, czy nie. Depresja też jest chorobą. Nie radząc sobie z wieloma problemami ale jednocześnie nie chcąc prosić o pomoc i starając się mimo wszystko sprostać oczekiwaniom innych i oczekiwaniom mnie samego wobec siebie - piłem. Bo to przynosiło ulgę. Uciekałem w świat iluzji.
A zanim się ocknąłem i przestałem pić, myślałem już tylko o tym, jak ze sobą skończyć, choć też mam dziecko i jest ono dla mnie najważniejsze na świecie.

Pozdrawiam, Robert alkoholik
_________________
I can say I hope it will be worth what I give up
 
 
 
jobael 
vip


Pomogła: 2 razy
Dołączyła: 21 Lut 2009
Posty: 629
Skąd: z...
Wysłany: 2013-05-03, 10:08   

aniad napisał/a:
Zapowiedziałam, że nie chcę go widzieć w domu pijanego. Nie obchodzi mnie, gdzie będzie spał. To jest nasz wspólny dom i ja i dzieci mamy prawo czuć się w nim swobodnie, nie chcę mieć tu zwłok na środku przedpokoju. Oznajmiłam, że skoro sam pije, sam sobie pierze i gotuje.

Na tę chwilę nie mogę nic więcej.

Ależ to już dużo na sam początek.
Nie da się od razu wszystkiego przenicować na drugą stronę.
aniad napisał/a:
Wszędzie w poradnikach piszą, żeby nie straszyć odejściem czy rozwodem.

A tu, na forum ludzie piszą zupełnie inaczej.

Chyba to nie tak.
Ty nie masz straszyć 'aniad'.
Nie na straszeniu polega pomoc alkoholikowi, ale na stawianiu warunków i dotrzymanie ich.

Jesteś teraz w trudnej sytuacji, bo oprócz alkoholizmu, do którego mąż idzie szybkimi krokami jest jeszcze depresja, której też leczyć nie chce.
W moim przypadku gdy wzięłam się za leczenie choroby alkoholowej, mijała depresja.
Często tak jest, że alkoholizm ją wywołuje i potęguje.
Nie ma jednak szablonu dla wszystkich chorych.
Ważne żeby mąż zechciał leczyć się i nad tym teraz trzeba popracować.
Może jest w waszej rodzinie ktoś z autorytetem lub z męża przyjaciół, by usiadł i po męsku z mężem pogadał?
 
 
 
koos 
Administrator

Pomógł: 32 razy
Dołączył: 10 Maj 2009
Posty: 1319
Skąd: Białystok
Wysłany: 2013-05-06, 08:00   

aniad napisał/a:
Acha, piszesz, że on nie odejdzie bo jemu jest dobrze.
Koos, jemu nie jest dobrze.
Widzę ogrom cierpienia, które go przygniata.


tak żeby za dużo nie pisać - chcesz wierz chcesz nie wierz - JEMU JEST DOBRZE !!!!!!

a Ty z dużym prawdopodobieństwem zrobisz tak:
Pozwolę sobie zacytować:
A szanse dawane alkoholikom?
Jest ich wiele.
- pierwsza,
- druga,
- trzecia,
- jeszcze jedna,
- jeszcze jedna,
- jeszcze jedna,
- kolejna,
- ostatnia,
- naprawdę ostatnia,
- ta już naprawdę ostatnia,
- jak już tym razem nie dotrzyma obietnic, to więcej nie będzie prosił,
- wie, że wszystko jego wina i wszystko zawalił, ale błaga o ostatnią,
- wie, że nie potrafi dotrzymać obietnicy, ale jak mu nie dasz ostatniej szansy
skończy z sobą,
- teraz już naprawdę skończy,
- jest nikim, jest bydlęciem, ale błaga o ostatnią,
 
 
 
kahape 
vip
koalka



Pomogła: 103 razy
Dołączyła: 06 Maj 2009
Posty: 3163
Wysłany: 2013-05-06, 14:35   

aniad napisał/a:
Tak, jestem DDA..... Nie utrzymuję z nimi kontaktu, być może to i fakt, że nie mieszkałam z nimi jako dziecko sprawia, że nie mam najmniejszej ochoty zostać osobą współuzależnioną.
Ania, szalejesz, skaczesz z kwiatka na kwiatek, rządzisz, decydujesz, każesz, prowadzisz.... i jeszcze piszesz, że nie masz ochoty na osobę "współuzależnioną"
Ależ ty już nią jesteś!!!! Twoje życie kręci się wokół innej osoby.
Popatrz na swoje posty, całe o mężu, jego piciu- nie piciu, kiedy, ile, jak, dlaczego.... co u lekarza powiedział, na cito zapisałaś go sama.... poszłaś z nim jak z małym dzieckiem.
Zdecyduj się - mąż jest dorosłym człowiekiem czy też nie?
Piszesz - mamy problem z alkoholem. Ale ten problem jest jego! Przecież to on pije, nie ty. Rozumiesz?
aniad napisał/a:
Widzę ogrom cierpienia, które go przygniata.
a widzisz ogrom cierpienia, który przygniata...... CIEBIE???
Bo ja widzę.
aniad napisał/a:
Mogę mieć ochotę wystawić męża za drzwi - ale to też jego mieszkanie, ma prawo tu przebywać.
trzeźwy, owszem.
aniad napisał/a:
Takie już moje kulawe szczęście że takie rzeczy, dobre i wspaniałe, przeważnie przydarzają się innym, nie mnie.
a to ciekawe, a kto zgadza się żyć w taki sposób? Bo, przecież zgadzasz się na pijanego w domu, prawda?
Owszem, mówisz że nie chcesz :arrow: ale robisz co innego. Widzisz to?
aniad napisał/a:
Gdyby to było takie proste to zasada nr 1 brzmiałaby: spakuj alkoholikowi walizki i wystaw je za drzwi.
Ja nie wpuściłam mojego męża do domu 20 grudnia. Dlaczego? Bo był nawalony. Dzisiaj nie pije.
Chcesz tak? Postaw poprzeczkę.
aniad napisał/a:
Zapowiedziałam, że nie chcę go widzieć w domu pijanego. Nie obchodzi mnie, gdzie będzie spał. To jest nasz wspólny dom i ja i dzieci mamy prawo czuć się w nim swobodnie, nie chcę mieć tu zwłok na środku przedpokoju. Oznajmiłam, że skoro sam pije, sam sobie pierze i gotuje.
o właśnie. Tylko trzymaj się tego konsekwentnie. Nie ma zmiłuj się.
pozdr
_________________
"Jeżeli czegoś pragniesz, to cały świat działa potajemnie aby udało ci się to osiągnąć".
"Uwierz, poproś, zaufaj, i... zostaw."
 
 
 
Tomoe
[Usunięty]

Wysłany: 2013-05-06, 16:30   

Dla mnie ta historia to kolejny dowód na to, że większość psychiatrów nie zna się na uzaleznieniach.
A także kolejny dowód na to, że większość alkoholików i współuzależnionych robi wszystko, byleby tylko nie robić tego, co trzeba zrobić, aby wyzdrowieć.

Pozdrawiam, Aniad. :)
 
 
aniad
[Usunięty]

Wysłany: 2013-05-06, 18:20   

Dziękuję Wam za wszystkie wypowiedzi :)
Będę się upierać, że nie jestem współuzależniona, piszę tyle o moim mężu bo to forum jest na temat jego problemu, ale z przyjemnością mogę napisać podobną epistołę na swój temat, o tym, kim i jaka jestem, co lubię, czym się interesuję i co mi sprawia przyjemność :) Tyle, że to będzie wpis 'nie na temat' ;)
Na razie sporo czasu spędzamy osobno.
I znajduję w tym odosobnieniu sporo przyjemności.
Po półtora roku walki o zdrowie moje samopoczucie jest na tyle dobre, że cieszy mnie nawet głupi spacer :)
Wprawdzie do całkowitego ozdrowienia jeszcze daleko ale są pierwsze sukcesy i bardzo mnie to cieszy :)
Koos może nie wierzyć, ale nie mam zamiaru marnować resztek swojego zdrowia na walkę z wiatrakami ;)

Każde z nas ma wiele rzeczy do przemyślenia. Każde z nas ma też wiele innych problemów na głowie. Nie rzucę wszystkiego, żeby natentychmiast zreperować swojego męża ;) A i on musi się sam zmierzyć ze swoimi demonami. Podałam rękę, pokazałam drogę. Resztę musi sam. Na razie się trzyma ALE zobaczymy co będzie dalej.
Pozdrawiam Was serdecznie i trzymam kciuki za Wasze sukcesy!

P.S. Co do psychiatrów to niestety prawdopodobnie jest tak jak i z pozostałymi specjalistami, a sporo ich przerobiłam w ostatnim czasie - może i mają wiedzę, może i mają doświadczenie ale i tak najszybciej/najłatwiej/najlepiej wmówić pacjentowi, że nic mu nie jest, że przesadza i zgarnąć za to dużą kasę. Typowe "jak zarobić żeby się nie narobić" ;(
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,15 sekundy. Zapytań do SQL: 11