AKCJASOS.PL Strona Główna AKCJASOS.PL
Pierwszy Polski Portal Pomocy

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  Chat

Poprzedni temat «» Następny temat
Co się dzieje w małżeństwach powracających do zdrowia?
Autor Wiadomość
kahape 
vip
koalka



Pomogła: 103 razy
Dołączyła: 06 Maj 2009
Posty: 3163
Wysłany: 2013-02-20, 11:51   Co się dzieje w małżeństwach powracających do zdrowia?

Co się dzieje w małżeństwach powracających do zdrowia?

Rozmowa z Anną Dodziuk

* Czy małżeństwa, w których jedna ze stron trzeźwieje, różnią się od innych?

- Część problemów wiąże się z pozostałościami okresu aktywnego picia, część z trzeźwieniem, ale są i takie, które nie różnią tych małżeństw od wszystkich innych. Na przykład większość par, jak wiemy, nie porozumiewa się ze sobą zbyt dobrze, i te, które trzeźwieją razem, mogą mieć typowe trudności w komunikowaniu się: niejasne wypowiedzi, bez wyraźnego wskazania, do kogo są adresowane, wewnętrzny zakaz mówienia o niektórych emocjach, choćby o złości, i wiele innych.

Natomiast jednym z kłopotów charakterystycznych dla małżeństw trzeźwiejących jest obawa przed poruszaniem spraw związanych z okresem picia, ponieważ atakują ich wtedy bardzo intensywne, trudne do opanowania emocje i nie zawsze udaje się jasno widzieć teraźniejszość zza przeszłości. Oddzielnym źródłem trudności mogą być sprawy związane bezpośrednio z trzeźwieniem. Jeżeli żonie towarzyszy nadzieja, że choroba alkoholowa jak inne wyleczy się i mąż będzie zajmował się nią, domem i rodziną, to często nie może pogodzić się z tym, że trzeźwienie wymaga udziału w rozmaitych formach leczenia poszpitalnego czy podtrzymującego, chodzenia na mitingi AA lub grupy wsparcia, uczestniczenia w życiu abstynenckim.

Ten udział w nowym, trzeźwym życiu wymaga oczywiście porozumiewania się, tymczasem mężczyzna czy kobieta wraca do domu po leczeniu i zaczyna posługiwać się językiem, jakiego nigdy wcześniej nie używała ani ta para, ani ich środowisko. Kiedy mówi się o pracy nad sobą, o kontaktowaniu się ze swoimi uczuciami, o informacjach zwrotnych, a zdarza się nawet, że o projekcji, agresji czy jakimś ego (bo przecież różnymi żargonami posługują się różni terapeuci) - bliscy alkoholika mają prawo nie tylko nie rozumieć, o co chodzi, ale i złościć się. Zwłaszcza jeśli ten odwykowy czy trzeźwościowy żargon służy do udowadniania drugiej stronie, że się na niczym nie zna i nic nie rozumie.

* Ale przecież okres picia musiał u obydwojga pozostawić bolesne ślady.

- I nie małżonkom nie udaje się przechodzić nad nimi do porządku dziennego, w każdym razie nie w nieskończoność. Można byłoby tę sytuację nazwać nierozwiązanym problemem zadośćuczynienia: osoba uzależniona ma poczucie winy, współuzależniona - poczucie krzywdy, a zadośćuczynienie może spowodować, że cała sytuacja emocjonalna w danym małżeństwie przestanie być przez tę winę i krzywdę zdominowana. Czasem do tego, żeby obie strony poczuły, że nastąpiło zadośćuczynienie potrzeba wiele, a czasem bardzo niewiele, ale podstawową sprawą jest po prostu wzięcie przez alkoholika odpowiedzialności za to, co robił w okresie picia i powiedzenie "przepraszam".

Zawsze mnie zdumiewa, jak potężne i dobroczynne jest to działanie: w zasadzie bez uczciwego rozliczenia się z alkoholową przeszłością, przyjrzenia się uczuciom obydwu stron i jakiegoś wyraźnego odpuszczenia czy wybaczenia nie można zacząć nowego etapu życia. Trzeźwiejące małżeństwa bardzo się tego boją, ale też jeśli już do takiej rozliczeniowej rozmowy pomiędzy nimi dojdzie, mówią o ogromnej uldze i poczuciu, że bardzo oczyściła się atmosfera w ich związku.

W grupach, które prowadzę, staram się człowiekowi, którym w swoim małżeństwie jeszcze tego nie zrobił, stworzyć okazję, żeby mógł spróbować w grupie terapeutycznej, zobaczyć, co się z nim dzieje, posłuchać informacji zwrotnych i z takim przygotowaniem zaproponować żonie rozmowę w rzeczywistości.
Padają wtedy często pod adresem żony słowa: "Wiem, że ciebie skrzywdziłem, że cierpiałaś, że było ci ciężko", a potem pytanie czy zachęta do opowiedzenia, co ona wtedy czuła.
Trudno jest tego słuchać, jeszcze trudniej przychodzi przeproszenie czy prośba o wybaczenie. Podczas takiej "próby generalnej" w grupie terapeutycznej prawie zawsze płaczą wszystkie współuzależnione kobiety, które na to patrzą, ponieważ dla nich ta sprawa nie jest do końca rozwiązana. Tylko kilka razy widziałam współuzależnioną kobietę, która słuchała tego obrachunku i przeprosin z rozjaśnioną twarzą, ponieważ coś podobnego już nastąpiło w jej życiu.

* Jak to się dzieje, że na początku trzeźwienia sprawy małżeńskie z reguły się nie układają?

- Wielu par najpierw przeżywa tzw. okres miodowego miesiąca czy też euforii - i to nie tylko trzeźwiejący alkoholik, ale też jego bliscy - albo radosnego oszołomienia tym, że jednak można żyć bez alkoholu. Dzieje się to zwykle bardzo dużym kosztem: rodzina zgadza się na wszystko, żona chodzi koło niego na palcach, ale nadchodzi moment, kiedy okazuje się, że samo trzeźwienie to za mało, że każde z nich chciałoby też lepiej żyć. Tymczasem - kiedy okazuje się, że już całej uwagi nie absorbują bieżące lęki, wiązanie końca z końcem, bezustanne ratowanie sytuacji - na powierzchnię wydostają się wszystkie te uczucia, na które wcześniej nie było miejsca.

Z punktu widzenia żony alkoholika wyglądało to tak: była tak mocno pochłonięta tym, żeby jej rodzina jakoś funkcjonowała, a podstawowe potrzeby domowników były zaspokojone, że po prostu nie miała siły ani głowy do zajmowania się własnym samopoczuciem czy ocenianiem swojej sytuacji życiowej. Dawniej jeśli mąż, nawet pijany, spał i nie wybijał szyb - to już było dobrze. Ale teraz to kryterium do niczego się nie nadaje i kiedy on już nie pije kolejny tydzień czy miesiąc - pojawiają się inne ważne sprawy. Zaczynają powoli przypominać o sobie normalne kobiece potrzeby: posiadania uważnego męża, który byłby zaangażowany w sprawy rodziny i domu, który widziałby w niej kobietę, był choć trochę miły i czuły dla niej. Tymczasem nic takiego się nie dzieje.
Dlaczego? Ponieważ im bardziej trzeźwiejący alkoholik i jego żona zbliżają do siebie, tym bardziej są na zaminowanym polu.

* Co to znaczy "zaminowane pole"?

- Łatwe do obudzenia poczucie winy i poczucie krzywdy, o których już mówiliśmy. Bardzo wiele z tego, co on robi, wywołuje jej poczucie krzywdy, tym silniejsze, że wzmocnione przez dawne rany: dużo łatwiej mieć do męża pretensje, że nie jest dla niej miły, jeżeli żona przypomni sobie, że nie był miły przez ostatnie 15 lat, bo pił. Z kolei u niego prawie każda rzecz, którą ona zrobi albo powie, wywołuje poczucie winy, podbudowane wyrzutami sumienia z powodu pijanych wyczynów. A u większości mężczyzn poczucie winy niezwykle szybko przeradza się w agresję i po domu chodzi mężczyzna, który jest albo skruszony, albo wściekły i bardzo rzadko bywa w normalnym nastroju.

Żeby wspólne życie nie było dla nich tak bolesne i tak pełne zagrożeń, muszą zacząć radzić sobie z trudnymi uczuciami. To długi proces: częścią tych uczuć może będą się mogli obydwoje albo przynajmniej jedno z nich zająć w terapii czy w ramach aftercare (opieki po leczeniu), sporo uda się zapewne odreagować w grupach samopomocowych (jak choćby poczucie krzywdy w Al-Anonie), od podobnych małżeństw zaczerpną trochę wiedzy o tym, jak wymijać rafy trzeźwienia. Ale w ich wspólnym życiu nieprędko nastanie taki okres, kiedy silne emocje przestaną ich atakować.

* Jakie jeszcze są typowe trudności trzeźwiejących par?

- Jedna z nich jest trudność zaprzestania kontroli przez współuzależnioną żonę czy współuzależnionego męża. Sprężyna tej kontroli jest prosta: boją się, że partner zapije, i ze strachu robią to samo co dawniej. A on jest wściekły, bo mało tego, że ktoś znowu go kontroluje, to jeszcze ta kontrola stanowi czytelny komunikat, że najważniejsza osoba mu nie ufa, nie wierzy, że podjął nowe życie. On uważa, że się zmienił, że jest już innym człowiekiem, tymczasem żona odmawia mu wszelkiego kredytu zaufania i traktuje zupełnie jak dawniej. Wyobraźmy sobie jeszcze, że sytuacje wywołujące takie samopoczucie dzieją się kilkadziesiąt razy dziennie.

W całej tej sytuacji dziwi nie fakt, że - przetrzymawszy tyle lat gehenny - małżeństwa trzeźwiejących alkoholików rozpadają się, lecz raczej to, że większości z nich udaje się przetrwać ten trudny czas, chociaż mają tak mało sposobów konstruktywnego wychodzenia z konfliktów. Towarzyszy im też obojgu poczucie głębokiego zawodu: po rozstaniu z alkoholem miało być pięknie, a jest źle i końca tego nie widać. Najrozsądniejsze i najbardziej realistycznie nastawione małżeństwa gdzieś w głębi duszy żywiły przekonanie, że po zaprzestaniu picia wszystko samo się ułoży i będzie cudownie.

* Mimo tych rozczarowań trudno zrozumieć, że padają słowa: "Lepiej było, jak piłeś".

- Mimo całej dolegliwości życia z alkoholikiem on nie pił bez przerwy i właśnie w przerwach próbował odbudować relacje z żoną. Starał się, interesował, pomagał. Na trzeźwo już tych miłych przerw nie ma, już przestał dopływać komunikat "Jesteś dla mnie ważna", może nawet "Jesteś najważniejsza na świecie", skończyły się przeprosiny i błagania. Mąż trzeźwieje, a kobieta czuje się bardzo zaniedbywane. A ponadto zagrożona, bo może usłyszeć: "Dla mnie najważniejsza jest moja trzeźwość", a w domyśle: "I nie masz na to żadnego wpływu".

Dodajmy do tego, że teraz on ma swój świat - swoją terapię, swoją grupę AA, swój klub abstynenta - do którego ona często nie ma dostępu albo jej się zdaje, że go nie ma. W każdym razie trudno sobie wyobrazić coś bardziej frustrującego niż sytuacja, kiedy mąż (na co dzień nie zwracający na żonę żadnej uwagi, zirytowany i naburmuszony) snuje się po domu w starym dresie, a we wtorek, kiedy ma miting AA, już od obiadu kąpie się, przyczesuje, zakłada czystą koszulkę, jest ożywiony, podśpiewuje i jak na skrzydłach wylatuje z domu. Na miejscu żony trudno nie pomyśleć, że ma inną kobietę, i równie trudno uwierzyć, że wszystkie te przygotowania są robione dla kolegów z AA.

* Czy można pomóc takim parom?

- Im jest potrzebna przede wszystkim pomoc w lepszym porozumiewaniu się. I to się udaje: wszędzie tam, gdzie podczas leczenia organizowane są sesje rodzinne czy później warsztaty małżeńskie, skutki są bardzo dobre. Dotyczy to spraw tak podstawowych, jak mówienie do siebie nawzajem o tym, co do ciebie czuję, jak dowartościowanie czy negocjowanie różnych możliwości. Często bowiem są to ludzie, którzy nie porozumiewali się na tematy emocjonalne nigdy w swoim życiu.

Pomaga też świadomość, że nawet jeśli w małżeństwie na początku trzeźwienia dzieje się coś złego, jest to naturalne: teraz jesteśmy pod kreską, ale za jakiś czas będziemy nad kreską.
To, czy i jak szybko tak będzie, w dużym stopniu zależy od tego, na ile ten fragment trzeźwienia zostanie zauważony jako ważny i znajdzie się pod opieką terapeutyczną.
Niestety, mam wrażenie, że nie dla wszystkich osób pomagających jest jasne, że rodzina, a zwłaszcza małżeństwo czy bliski związek to podstawowe źródło satysfakcji życiowej człowieka. W tej sprawie terapia czy leczenie uzależnienia od alkoholu nie różni się od innych dziedzin leczenia: nie bierze pod uwagę faktu, że człowiek jest istotą rodzinną. Tymczasem poprawa w tym zakresie jest ważnym czynnikiem motywującym do utrzymywania abstynencji.

Mam tu pewien postulat, a może nawet apel do osób pomagających: koniecznie trzeba zajmować się sprawami małżeńskimi, ponieważ zasoby samych zainteresowanych są niewielkie.
Typowa żona alkoholika ma za sobą wiele lat ciężkiego wysiłku, więc myśli: "Już mi się nie chce inwestować w to małżeństwo, mam dosyć, więcej nie będę wytężać sił".
Typowy głos z drugiej strony brzmi: "Nie piję i bardzo staram się jak najlepiej trzeźwieć, ale ciągle spotykam się z niezrozumieniem, pretensjami i niezadowoleniem. Może lepiej byłoby się rozstać?" Wydaje się, że minimalna pomoc z zewnątrz to przekazanie każdemu z nich trochę nadziei, że sytuacja w małżeństwie może zmienić się na lepsze i że dla siebie warto zdobyć się na jakiś wysiłek.

* Co się dzieje później?

- Albo małżeństwo wytrzymuje ten wyboisty okres, albo nie: zaczyna się faza, kiedy mąż i żona próbują konfrontować się ze swoimi realnymi problemami. Obydwoje byli dosyć nieprzytomni z powodu picia, dlatego mają mało wspólnych doświadczeń i niewiele wiedzą o swoich potrzebach i upodobaniach.
Jakie na przykład spędzanie czasu byłoby dla obojga satysfakcjonujące? Na spotkaniu z takim małżeństwem nieraz zajmujemy się tym, co mogliby z mężem przez 2-3 godziny dwa razy w tygodniu po południu robić razem, żeby to podobało obydwojgu. Brakuje im też zwyczajów i rytuałów rodzinnych, jak choćby wyjazdy w niedziele na działkę czy do lasu. Jednym słowem, trzeźwiejące małżeństwa powinny troszeczkę nauczyć życia małżeńskiego z dobrej, bardziej radosnej strony.

Dopiero wtedy okazuje się, czy łączy ich jakaś pozytywna więź. Osobiście głęboko wierzę, że skoro tyle wytrzymali razem, mają wielką szansę na szczęśliwe życie. Kłopot polega na tym, że ten proces jest powolny, a mamy do czynienia z dwojgiem dosyć zniecierpliwionych osób. Kiedy jednak coś zaczyna się poprawiać, to działa bardzo wzmacniająco: jeśli udaje się uzyskać jakiś kawałek satysfakcji czy bliskości, obydwoje są oszołomieni i szczęśliwi. I nawet zdarza się, że ktoś powie: "To, co mamy w naszym życiu teraz, jest na tyle wartościowe, że równoważy dawne krzywdy i cierpienie".


[tekst ukazał się w miesięczniku "Świat Problemów" nr 12 (95) grudzień 2000]

http://www.prometea.pl/in...?list=go&idx=93
_________________
"Jeżeli czegoś pragniesz, to cały świat działa potajemnie aby udało ci się to osiągnąć".
"Uwierz, poproś, zaufaj, i... zostaw."
 
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,05 sekundy. Zapytań do SQL: 10