AKCJASOS.PL Strona Główna AKCJASOS.PL
Pierwszy Polski Portal Pomocy

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  Chat

Poprzedni temat «» Następny temat
Na uwięzi więzi
Autor Wiadomość
kahape 
vip
koalka



Pomogła: 103 razy
Dołączyła: 06 Maj 2009
Posty: 3163
Wysłany: 2011-02-01, 12:09   Na uwięzi więzi

Na uwięzi więzi
Jolanta Białek, Lubomira Szawdyn

Najpierw jest obłaskawianie: to ci dam, tamto ci kupię, jestem miły, wyrozumiały, dbam o ciebie, tak bardzo mi zależy na tobie. Ale to szybko się zmienia. Gdy czuję się niezbędny, niezastąpiony, gdy mam coraz większą władzę - następuje trzask zamykanej obroży: teraz już swobodnie nie pochodzisz, teraz jesteś moja.

O więziach, które stają się uwięzią mówi Lubomira Szawdyn, psychiatra, psychoterapeutka uzależnień, prekursorka lecznictwa odwykowego w Polsce.

Jolanta Białek: – Potrzeba więzi jest jedną z podstawowych potrzeb człowieka. Większość z nas szuka bliskości, szuka kogoś, z kim można się związać i przeżyć życie. Ale swoje poszukiwania warto rozpocząć od refleksji: czym jest więź?
Lubomira Szawdyn: – Dla mnie poczucie więzi jest jednocześnie poczuciem wolności, bezpieczeństwa, jakiegoś porządku. Bo „gdyby co”, to mogę na kimś polegać, wiem, do kogo się zwrócić o pomoc. Nie muszę tego robić – ważna jest świadomość, że mogę. Jest we mnie miłość i wdzięczność do bliskiej osoby, nie poczucie zależności i zobowiązania. Jest ciepły język, naturalne są słowa: przebacz mi, dziękuję ci, przebaczyłam ci, to ci dam, a nad tamtym zastanowimy się wspólnie. Nie ma przymusu: to ci dam, ale musisz okazać mi wdzięczność.

– Jeżeli myśli się o wdzięczności pomagając czy wspierając, to chyba nie jest więź?
– To jest nadużycie. Bo pomoc, mimo ulgi jaką przynosi, zagraża wtedy samoocenie obdarowanego. Jeżeli nie jest absolutnie bezinteresowna, to zawiera sugestię, że jesteś gorszy, jesteś głupszy, zależny ode mnie, nie potrafisz sam sobie poradzić. To są dary, które przynoszą więcej szkody niż pożytku. Są osoby, które pomagają toksycznie, bo ich intencje nie są czyste. Tak naprawdę chcą sobie zrobić dobrze. Pomagając, utwierdzają swoją przewagę. A najsmutniejsze jest to, że wtedy obie strony są nieszczęśliwe: i ten obdarowany, i darczyńca. Pierwszy czuje się gorszy, a ten drugi niedoceniony. Dlatego tak ważny jest wgląd w siebie, zrozumienie swoich prawdziwych intencji i swoich potrzeb. Jeżeli nie masz więzi ze sobą, to będzie ci daleko do twoich bliskich, a do siebie będzie ci jeszcze dalej.

– Więź wymaga więc pracy i nad sobą, i nad relacją. A może gra nie jest warta świeczki?
– Dzięki więzi możemy istnieć pełniej i bardziej uważnie. Gdy jest prawdziwa i głęboka, to równoważy trudy i niewygody relacji, są one zminimalizowane przez radość bycia z tym kimś. Miłość czy przyjaźń zbliżają nas do drugiego człowieka. Jednak budowanie więzi z drugim człowiekiem trzeba zacząć od refleksji nad sobą. Jeżeli jestem ciekawy siebie, to będę ciekaw drugiego człowieka. Jeżeli rozumiem siebie, to jest duża szansa, że zrozumiem kogoś innego. Jeżeli lubię siebie, to mogę polubić kogoś. Jeżeli szanuję siebie, to będę szanował drugą osobę. Tylko ktoś, kto ma dobrą więź z samym sobą, może zbudować prawdziwą więź z drugą osobą. Tylko ktoś, kto jest gotowy do pracy nad sobą, będzie gotów do pracy nad relacją. Więź wymaga dojrzałości, czyli umiejętności bezinteresownego dawania i brania. Osoba dojrzała potrafi dzielić się tym, co przeżyła, a jednocześnie potrafi brać. Bo w związku trzeba wspomagać się, słuchać i rozpoznawać potrzeby swoje i drugiego człowieka.

– Wiele związków zaczyna się od deklaracji o miłości, szacunku dla drugiej osoby, a później okazuje się, że potrzeby jednego małżonka są ważniejsze, a związek staje się obszarem walki o pozycję.
– Niestety, często tak bywa. Gdy związek w jakiś sposób jest usankcjonowany – czy to sakramentalnie, czy urzędowo, czy niepisanym kontraktem – staje się coś dziwnego. Niektórzy sądzą, że nabywają prawo do wkraczania na wewnętrzne terytorium drugiej osoby: „Ja mam prawo wiedzieć dokąd idziesz i co będziesz robić. Nie oszukuj, ja i tak wiem, po co chcesz iść”, albo: „Ja muszę wiedzieć, bo cię kocham. Gdybym cię nie kochała, gdybyś był mi obojętny, to by mnie to nie interesowało”. Gdy padają takie zdania, to wiadomo, że nie ma już więzi, jest uwięź.
– Kiedy to następuje?
– Gdy przekraczamy wewnętrzne granice drugiej osoby bez jej zgody, zaczynamy się tam szarogęsić i jeszcze nazywamy to prawem. Najczęściej nie odbywa się to tak obcesowo, w sposób otwarty, ale podstępnie, prawie niezauważalnie. Najpierw trzeba zainwestować. Inwestując, mamy określony cel – musimy się stać niezbędni. Przymilne śniadanka do łóżka, wyprane skarpetki, wyprasowane koszule, samochód dla żony, zmiana oleju w tym samochodzie, wiele innych większych lub mniejszych czynności, które nazywam „perfidną o.c.” – obsługą codzienną. Prowadzi ona do tego, że się przyzwyczajamy. A wiadomo, że do dobrego bardzo szybko można się przyzwyczaić. Ta o.c. nie jest po to, aby być z drugą osobą, żeby ją poznać, ale żeby uzależnić ją od siebie. Spowodować, że jak mnie nie będzie, to on to odczuje: „Jak wyjadę, to się przekona, bo kto mu ugotuje, kto wyprasuje?”.

– Ale to jest taka pułapeczka, w którą trudno nie wpaść. Zaczyna się przecież z chęci robienia dobrze, bo przynajmniej na początku związku nie myślimy o zniewoleniu naszego ukochanego.
– Jeżeli nie znamy kogoś i nie znamy siebie, to owo „dobrze” prowadzi nas szybciutko prosto do piekła. Bo nasz związek prawie niezauważalnie staje się uwięzią – i to na granicy kazirodztwa. Wtedy zamiast męża i żony jest mamusia z synkiem albo tatuś z córeczką, a takie związki wcześniej czy później muszą się rozpaść. Gdy młoda dama wchodzi w rolę mamy, to ile lat on z nią wytrzyma? Przecież po to znalazł sobie żonę, żeby uciec od mamy. A skoro ona zamieniła się w mamę, to od niej też ucieknie. I wtedy pada tekst: „To ja się dla ciebie poświęciłam, dbałam o ciebie, urodziłam ci dzieci, a ty niewdzięczniku co?”. Podobnie jest, gdy pan żeni się z młodszą kobietą i zaczyna jej tatusiować – utrzymuje ją, opiekuje się, decyduje, ma rodzicielską władzę – oczywiście też źle pojętą. Dziewczyna w końcu dojrzeje, zrozumie, że nie można mieć dwóch tatusiów i zacznie rozglądać się za mężczyzną, a wtedy on jej wygarnia: „Tyle ci dałem, niczego ci nie brakowało, zrobiłem z ciebie człowieka, a ty tak mi się odpłacasz?”.

– Ale na początku związku wszyscy otrzymują to, czego pragną. Wydaje im się, że złapali Pana Boga za nogi...
– No tak, bo najpierw jest takie obłaskawianie: to ci dam, tamto ci kupię, jestem miły, wyrozumiały, dbam o ciebie, tak bardzo mi zależy na tobie. Ale to szybko się zmienia. Gdy czuję się niezbędny, niezastąpiony, gdy mam coraz większą władzę – następuje trzask zamykanej obroży: teraz już swobodnie nie pochodzisz, teraz jesteś moja. Czasami mogę popuścić smycz, ona będzie dłuższa lub krótsza, ale zawsze zależy ode mnie – i to jest władza. Smycz może być parciana, a może być ze złota, ale wciąż jest uwięzią.
To wolno, a tego nie. Nie obchodzi mnie, że druga osoba chce się wyrwać. Nie puszczę. I wtedy ona – skoro nie może robić tego, co by chciała – zaczyna kombinować, jak by dokopać ciemiężycielowi. Jak ty tak, to ja będę reglamentować – na przykład seks. I zakłada swoją smycz.

– Nie lepiej wtedy się rozstać? Po co się tak męczyć?
– Ale oni nie chcą się rozstać, chcą zmienić swojego partnera! To jest siłownia, to jest proteza relacji naładowana negatywnymi emocjami, ale bywa, że jest to jedyne, co człowiek ma i w tym tkwi.
– Coraz bardziej kontrolując partnera?
– To nie jest sprawa tylko kontroli drugiej osoby, ale także zarządzania jej sytuacją. Narzędzia są różne, na przykład pieniądze – nie będę ci dawał pieniędzy, będę ci wydzielał pieniądze, poproś, to dostaniesz; dysponowanie czasem – pojedziemy do Grecji, jak zasłużysz, pójdziemy na koncert, gdy ja będę chciał. To są różne reglamentacje tego i owego, również uczucia i uwagi – będzie sympatycznie, gdy ja mam dobry humor, będę miły, gdy zrobisz to czy tamto. I wtedy życie zmienia się w manipulowanie drugim człowiekiem, we władanie. To jest regularne więzienie: z klawiszem i uwięzionym, który ma trochę praw, albo nie ma żadnych praw. O wszystko musi pytać, we wszystkim musi się dostosować, nie ma dla siebie czasu, bo czas jest podporządkowany partnerowi. Nie może decydować o niczym, bo potrzeby partnera są najważniejsze – moje na tyle, na ile on pozwoli. Niedawno miałam pacjentkę, która zdesperowana postanowiła wyrwać się ze złotej klatki. Klasyczna historia. Dziewczyna właściwie nie pamiętała swojego ojca, bo wcześnie umarł. Wyszła za mąż za pana starszego od siebie, rozwodnika, który ją otoczył ojcowską opieką. Był czuły, zapewnił jej wszelkie dobra, nauczył ją wielu rzeczy, wprowadził w tak zwany świat. Na początku było wprost cudownie, ale później zacisnął złotą obrożę i wszystko było źle: a to, że nie robi tego, co on chce, a to nie czyta tego, co on chce, a to nie kształci się tak, jak on jej każe. I jeszcze ma jakieś swoje pomysły na życie, chce coś innego. A przecież to on jest najmądrzejszy, bywały w świecie, czyta dużo książek, wziął ją – taką niedouczoną idiotkę, którą utrzymuje – łoży na nią, zrobił z niej człowieka, wychowuje dziecko. I po 14 latach zniewolenia ona w końcu dała nogę, zostawiając 16-letnią córkę z nim.

– Czekała aż córka podrośnie, tak?
– Tak, ale też poznała jakiegoś pana, który powiedział jej kilka komplementów i ona nabrała nadziei, że jeszcze się może komuś podobać, że może być kochana, że nie jest taką ostatnią idiotką i garkotłukiem. Uciekła więc od męża i zamieszkała z tym panem. Szybko się okazało, że ten pan owszem, mówi komplementy, ale jest o całe poziomy niżej od niej. „On się nawet nie mył” – mówiła z nieskrywaną odrazą. Ale z nim była i zacisnęła swoją obróżkę. Okrucieństwa, które ją dotykały, przeniosła na tego człowieka. Maltretowała go psychicznie w taki sposób, jak ją maltretował przez wiele lat mąż. Pan w końcu nie wytrzymał i uciekł od niej. I teraz, gdy go już nie było, zdała sobie sprawę, jak bardzo go kocha. Zapytałam: „Którego? Tego co cię trzymał na uwięzi, czy tego, którego ty trzymałaś na smyczy? Spisz wady i zalety jednego i drugiego, zastanów się, o co ci tak naprawdę chodzi”. „Ja bez spisywania wiem, przecież on śmierdzi, wulgarny kretyn – ja nie mam nic dobrego do napisania. Ale ja go kocham.” Oczywiście, że go nie kocha i nie kochała nigdy. Przeniosła po prostu okrutne zachowania, których doświadczała od swojego męża, na tego człowieka. Stała się dla niego katem. A ponieważ nie ma charakteru kata, wzbudziło to w niej straszne poczucie winy, które nazwała miłością. I pragnęła tylko jednego – rozgrzeszyć się ze swojego okrucieństwa. Uspokoiłam ją: „Po co ci to rozgrzeszenie? Uciekaj z tego związku, nie musisz się rozgrzeszać. Ratuj siebie”.

– Można więc poczucie winy pomylić z miłością?
– Można pomylić z różnymi sprawami. Osoby, które budują relacje nie na poziomie więzi tylko uwięzi, nie mają żadnego kontaktu ze swoim życiem emocjonalnym. Nie potrafią prawidłowo rozpoznać swoich uczuć i emocji. Tak było z nią – wyrzuty sumienia i poczucie winy wzięła za miłość. To jest jaskrawy przykład, że nie możemy wybudować prawidłowej relacji z człowiekiem, jeżeli nie wiemy, co do niego czujemy, i aparaturę kata, której używamy w związku, nazywamy miłością. Chociaż każdy z boku widzi, że to jest znęcanie się nad drugim człowiekiem, ograniczanie jego praw.
– Ale ona tego nie widziała.
– Oczywiście, że widziała, ale nie mogła się z tego wyzwolić. Uwierzyła przez te kilkanaście lat tresury, że sama sobie nie poradzi. Dopiero gdy zaczęła mieć myśli samobójcze, to zwierzyła się swojej siostrze i ona poradziła jej, żeby poszła do psychiatry.

– Instynkt samozachowawczy powinien podpowiedzieć jej, że trzeba się ratować.
– Jeżeli mamy wmontowaną kostkę krzywdy, to na początku nawet się tym pasiemy. Taka sytuacja nam pasuje. Jeśli nas krzywdzono w domu, krzywdziło nas życie, to gdy nas ktoś trochę krzywdzi, wtedy czujemy się bezpiecznie, bo jest to znana, normalna dla nas sytuacja. Wiele osób nie rozumie, jak można żyć w świecie, w którym nie ma krzywdy. Przecież krzywdy są nam przypisane i to jest coś naturalnego. Tak samo jak poczucie, że trzeba na coś, a właściwie na wszystko zasłużyć. Muszę coś robić, żeby zasłużyć na miłość, zasłużyć na uwagę. Muszę ciągle nawoływać: zobacz, jestem! Poczucie, że jestem nie dość dobra, nie dość miła i każdy facet ode mnie ucieka.
To przecież moja wina, że nie mogę żadnego związku utrzymać, coś ze mną jest nie tak, jestem do kitu.

– Niezbędnym składnikiem więzi jest umiejętność przebaczania.
– Tak, to jest niezbędne. Przecież nie da się tak zupełnie bezkonfliktowo ułożyć naszych relacji, jesteśmy tylko ludźmi. Zawsze będą jakieś problemy do wyjaśnienia, różnice zdań, inne spojrzenia na wiele spraw. Ale jeżeli jesteśmy gotowi ustąpić, zmienić się dla drugiego człowieka, jeżeli odczuwamy wdzięczność, a nie oczekujemy wdzięczności, to wtedy jest prawdziwa więź. Mam w sobie gotowość do rozwoju, do przyjęcia ciebie takim, jaki jesteś, zmienię siebie, a nie będę chciał zmieniać ciebie. Jeżeli mam tylko oczekiwania, to nie ma uczuć miłości i przyjaźni – bo one są bezwarunkowe. Jeżeli stawiam warunki: masz być taka, masz to zrobić – wtedy nie ma więzi. Więź wymaga wysokiego poczucia wartości, bo gdy je mam, nie wymagam od ciebie dowartościowania siebie. Ale też wymaga obustronnego zaangażowania. Nie może być tak, że ja czuję się związana z tobą, a ty ze mną nie lub tylko trochę. Bo wtedy jest to już zależność i łatwo to wykorzystać.

– Zależność jest na przykład w relacjach rodziców z dziećmi. Czy więc możliwa jest między nimi więź?
– Gdy układ jest hierarchiczny, a takie są relacje między rodzicami a dziećmi, bardzo łatwo jest z więzi zrobić uwięź. Biologiczna więź między ludźmi nie wystarcza, chociaż niektórym się wydaje, że skoro jesteśmy spokrewnieni, to już nic nie trzeba robić. A to nieprawda. Bo te niteczki rodzinnej więzi bardzo szybko mogą się zerwać. Dlatego warto co jakiś czas zastanowić się, jaka jest tak naprawdę więź w mojej rodzinie. Czy jest uczucie, czy jest rozumienie, doświadczenie relacji ze wszystkimi, gotowość naprawienia zła, które się wyrządziło, udoskonalenie albo podtrzymanie dobrego. Ale zacząć trzeba od siebie, a nie oglądać się na mamę, tatę, ciocię, brata. To ja muszę umieć pokazać, że inni członkowie rodziny są dla mnie bardzo ważni, najważniejsi, a nie oczekiwać tego od nich. Trzeba też pamiętać, że inne są relacje ojców z synami, a inne matek z córkami.

– Zapytam prowokacyjnie: czy matka może być przyjaciółką swojej córki, czy może być jej koleżanką?
– Koleżanką na pewno nie, bo jeżeli córka jest tylko moją koleżanką, to znaczy, że mnie tak sobie obchodzi. A jeżeli jest przyjaciółką, to rodzi się pytanie: kto tu kogo nadużywa? Bo taka relacja jest nadużyciem, przekroczeniem granic. Relacja musi być rodzicielska. Kiedyś na plaży obok mnie leżały matka i córka. Nagle ze śmiechem zerwały się i pobiegły do morza, przepychając się, która szybciej. Moi znajomi stwierdzili, że to niestosowne, że zachowują się jak koleżanki. Pozory jednak były mylące, bo potem usłyszałam ich rozmowę i nie miałam wątpliwości, że granice w ich relacji są odpowiednie, mimo że wyglądało to inaczej.
– Czy są jakieś umiejętności, które pomagają budować dobre relacje?
– Podstawowym instrumentem więzi jest rozmowa. A rozmowa jest przekazywaniem myśli. Gdy chcę z kimś porozmawiać, muszę mieć pewność, że ta druga osoba chce słuchać, jest ciekawa moich myśli. Rozmowa powinna prowadzić do puenty. Coś zrozumiałam, o coś urosłam, coś ta rozmowa mi dała. Oczywiście, takich rozmów na co dzień nie prowadzimy. Z bliskimi w ciągu dnia porozumiewamy się znanym sobie kodem. Gdy jednak powstają jakieś wątpliwości, jakieś różnice zdań, jakieś drobne problemy, to trzeba je natychmiast wyjaśniać, bo potem rozmowa staje się coraz trudniejsza, a czasem już niemożliwa i więzi się rwą.

– Ale żeby rozmawiać, trzeba nauczyć się słuchać.
– Trzeba zrozumieć przede wszystkim, że jest różnica między słuchaniem a usłyszeniem. Jeżeli chcemy usłyszeć, to musimy choć przez moment milczeć, skupić się na słowach i myślach partnera. Bo słuchamy po to, by zrozumieć drugiego człowieka. A jak czegoś nie rozumiemy, to musimy się dopytać. A jak się już dowiemy – musimy to przetrawić i odpowiedzieć, jeżeli partner czeka na odpowiedź. Używamy aparatu werbalnego i niewerbalnego odkąd się pojawiamy na świecie, wykorzystujmy go więc do budowania relacji, a nie niszczenia. Do rozwijania ludzi, z którymi się stykamy, a nie do dominacji nad nimi.

– Taki jest między innymi argument singli: żyją oddzielnie, bo szanują autonomię swoją i innych ludzi, a każdy związek wcześniej czy później prowadzi do dominacji jednej osoby nad drugą.
– Zderzenie potrzeby więzi z poczuciem, że jest ona nadmiernie wymagająca i zagrażająca naszej osobistej odrębności powoduje wewnętrzny zamęt i cierpienie.
Bo single, których jest coraz więcej, z jednej strony nie chcą być w związku, z drugiej strony bardzo chcą. Jeżeli pobierają się dwa single po trzydziestce, albo jeszcze starsi, to przecież już nawykli do swojej wolności, do swoich przyzwyczajeń. Z wiekiem jednak – w ramach poszukiwania swojej tożsamości – budzą się w człowieku uczucia macierzyńskie i ojcowskie. Wcześniej były one skopane i stłamszone przez chęć dorabiania się, robienia kariery, kształcenia, sprawdzania czy zasługuję na ordery, czy zasługuję na miłość. Po latach okazuje się, że to nie wystarcza – wtedy pojawia się myśl o dziecku. I wtedy też jest dramat. Bo utrata swobody boli. Dziecko przecież przeszkadza, zaburza spokój i utarty tryb życia. Pojawia się poczucie winy, więc zagłuszają je, fundując dziecku coraz to nowe zabawki, a później najlepsze szkoły, mnóstwo ciekawych zajęć. Zamiast dać mu miłość i rodzinną więź.

– Prędzej czy później przekonują się, że to jest „zamiast”. A gdy to nastąpi, szukają pomocy psychoterapeutycznej.
– Dzisiaj człowiek chętnie zagłusza swoje sumienie, odchodzi od siebie, gubi się. Daje się ponieść czemuś łatwiejszemu, a ofert stymulujących nasz aparat serotoninowy jest mnóstwo dookoła: jedzenie, alkohol, narkotyki, hazard, zakupy, praca. Chodzi o to, żeby zrobić sobie dobrze, unikać cierpienia, wykpić cierpienie – bo jest ono niemodne. Trzeba być szczęśliwym, zadowolonym, nie przejmować się niczym ani nikim. Najlepiej nie myśleć o innych i nie zastanawiać się nad sobą. A jeżeli ktoś nie ma wglądu w siebie, nie jest ciekaw siebie – nie będzie ciekaw ciebie. Wtedy nie zbuduje żadnej więzi. Ktoś kto myśli tylko o sobie, może być tobą zainteresowany tylko w określonym celu – aby coś z tobą załatwić. Nawet nie chodzi tu o wykorzystywanie, ale o wzięcie czegoś dla siebie, na przykład pozałatwianie jakichś spraw emocjonalnych. Teraz młodzi ludzie mają ogromną wiedzę, są znakomitymi profesjonalistami w swoich dziedzinach, zarabiają duże pieniądze, ale nie potrafią żyć, bo nie wiedzą nic o sobie. Wielu z nich to moi pacjenci.

– Dziękuję za rozmowę.
www.charaktery.eu
_________________
"Jeżeli czegoś pragniesz, to cały świat działa potajemnie aby udało ci się to osiągnąć".
"Uwierz, poproś, zaufaj, i... zostaw."
 
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,12 sekundy. Zapytań do SQL: 10